Bajkopisarz44

W ostatnich dniach wśród nas - śmiertelników, zwykłych szarych zjadaczy chleba, plebejuszy pojawił się człowiek światły, mądry, oczytany i poinformowany. Posiadł on wiedzę dla nas niedostępną - ściśle tajne informacje na temat negocjacji Wisły Kraków z nowym trenerem. Wczoraj miał nim zostać Manuel Jimenez (tak przynajmniej klekotały małopolskie bociany). Miał nim zostać, co ważne, na 100%. Dziś prezes Wisły, Bogdan Basałaj oświadczył:

„Wybraliśmy dwóch, trzech kandydatów i mamy nadzieję, że w przyszłym tygodniu zaprezentujemy nowego trenera pierwszego zespołu Wisły Kraków”

Ten blog tytułuje ósme przykazanie, więc tak kapitalnej postaci jak jegomość informator44 przegapić nie mogłem.

Kiedy przeczytałem go po raz pierwszy, przekonany byłem, że to jakaś prowokacja. Troll puszcza plotkę, uwiarygadnia ją słowami o ptaszkach i świetnie się bawi czytając komentarze podnieconych wiślaków. Ale później odniosłem wrażenie, że jest nieco inaczej. On poważnie wierzył w to, że ma jakieś tajne, wartościowe informacje. Świadczyć o tym może fakt jak przejmował się krytyką (vide usuwanie nieprzychylnych komentarzy). I ze wszystkich kibiców, którzy z tymi rewelacjami wiązali duże nadzieje, chyba on sam najbardziej się rozczarował.

Moja hipoteza jest taka: ktoś komuś coś powiedział, ktoś coś usłyszał, ktoś przekazał dalej. Kto wie, może dostał sraczki w Sheratonie i cierpiąc niemiłosiernie w hotelowej ubikacji usłyszał parę hiszpańskich słów: fútbol, entrenador i łamaną polszczyzną wypowiedziane słowo Wisła. Zestawił to z informacją o Jimenezie, która gdzieś tam krążyła w niektórych mediach (choć raczej nie w głównym nurcie rzeki nazwisk kandydatów na tą posadę) i poskładał to wszystko do, nomen omen, kupy.

Żeby był jasne - nie sądzę, żeby sam to zmyślił. Być może jest coś na rzeczy, być może Jimenez jest wśród tej trójki kandydatów i BYĆ MOŻE zostanie trenerem Wisły. Ale jak nie wyglądałaby prawda to i tak forma w jakiej postanowił przekazać światu wesołą nowinę była bardzo odważna i w efekcie naraziła go na śmieszność. Kompromitacja ta zabolała go na tyle, że znudzony usuwaniem kpiących komentarzy, usunął swojego bloga z Republiki Futbolu.

Do czego zatem zmierzam? Krótko, chcę odgadnąć jaki cel miał kolega informator44 publikując taką informację. Jako że odrzuciłem hipotezę o prowokacji, chyba zwyczajnie chciał zaistnieć. Może wujek, który kosi trawnik na Reymonta coś mu szepnął. Może ktoś inny. A może ktoś celowo wprowadził go w błąd. Lub w błąd wprowadził go ktoś kto w to wierzył, a sam był celowo wprowadzonym w błąd. Ale decydując się na upublicznienie tej informacji ryzykował wejściem na jedną z dwóch dróg (obu złych):

1. Negocjacje z Jimenezem faktycznie trwały. On się o tym przypadkiem dowiedział. Upublicznił informację w internecie i mógł tym negocjacjom tylko zaszkodzić. A zakładam, że jako kibic Wisły, szkodzenie jego ukochanemu klubowi nie byłoby najrozsądniejsze.
2. Wszystko to jedna wielka bzdura więc wystawił się na pośmiewisko.

informator44 z pełnym przekonaniem oświadczył, że na 100% Hiszpan zostanie trenerem Wisły do środy. Najpierw była mowa o poniedziałku, potem o wtorku, dziś o środzie, aż w końcu blog zniknął. I choćby nawet Jimenez został trenerem Wisły to nic nie zmieni faktu, że skłamał, podał nieprawdziwą informację, rozpowszechnił plotkę.

Choć być może był bardzo blisko. Rozmowy były toczone i były bliskie finalizacji. Ale poszło o kasę, długość kontraktu, lub jakieś klauzule (np. wyrzucenie przed końcem kontraktu bez wypłacania reszty pensji w przypadku niezdobycia mistrzostwa / niezakwalifikowania się do pucharów). W związku z tym, że był to główny kandydat, Basałaj potrzebuje czasu na dogadanie się z którymś z kandydatów rezerwowych - stąd zwłoka. To rzecz jasna tylko spekulacje. Bez żadnych poważnych podstaw, bo ja żadnego wróbelka z Krakowa nie znam. Znam kilka gołębi, które kiedyś, w tym piękny skądinąd mieście, zapaskudziły mi samochód. Ale te gołębie żadnych niusów mi niestety nie sprzedały… A szkoda… Przez to dalej jestem nic nie wiedzącym zwykłym facetem, który musi czekać na oficjalne informacje, lub karmić się plotkami. Wybiorę to pierwsze…

* Skomentuj ten wpis

Legia wciąż walczy!

Na piątkowe derby Warszawy wpadło do mnie kilku znajomych. Jak to bywa, gdy wpadną znajomi, mecz raczej leciał w tle, bo trzeba było pogadać, powspominać, skomentować ogólną sytuację we wszystkich dziedzinach życia i tak dalej… Tak więc leciał ten mecz, ale że muzyka w tle, komentarz ściszony i oglądaliśmy nie do końca uważnie, to co chwila trzeba było sprawdzić a to składy, a to kto ładnie zagrał albo kto asystował przy bramce. Celem tego odpaliliśmy relację tekstową na sport.onet.pl (do przeczytania TU). Tyle tytułem wstępu.

Ten blog został zainicjowany w reakcji na manipulację jednego z (eks)blogerów RF. Miał niejako demaskować kłamstwa, choć oprócz tamtego momentu nie miało to miejsca. W relacji Onetu mieliśmy natomiast do czynienia z paroma drobnymi kłamstewkami, niedopowiedzeniami, w efekcie czego słysząc co parę minut jak znajomy odczytuje fragment relacji i mając przed oczyma TV z meczem, parę razy w głos się zaśmialiśmy.

Zapraszam do lektury - umieściłem wycinki chronologicznie, inaczej niż w podanym linku, lepiej się czyta.

Mecz rozpoczęty!

Przed nami druga połowa!

Fragmenty są rzecz jasna wybrane, wycięte z kontekstu, spomiędzy opisów akcji, ale nie zmienia to faktu, że całość relacji jest mocno jednostronna. Można odnieść wrażenie, że to Legioniści grali w piłkę, a Poloniści strzelali bramki. Być może tak było, w końcu patrzyłem na mecz jednym okiem, spójrzmy zatem na statystyki:

Za sport.pl:

Chyba jest to zatem nieco inaczej niż pan redaktor przedstawiał. Ale mniejsza o to. Ta relacja posunęła mnie do nieco dalej idących rozważań. Po pierwsze, czy ta stronniczość to po prostu brak obiektywizmu kibica Legii, czy jednak wynika ona z pewnych wytycznych przełożonych?

Myślę, że większość się ze mną zgodzi, że 3-0 nie odzwierciedla w pełni tego spotkania. W pierwszej połowie było raczej wyrównane, w drugiej Polonia strzeliła bramkę, mogła kontrolować przebieg spotkania, cofnąć się, czekać na kontry. Niespecjalnie się cofnęła jakoś rozpaczliwie do defensywy. Raczej zwyczajnie ograniczyła napór bo wynik na to pozwalał. W momentach wymagających stricte piłkarskich umiejętności indywidualnych Polonia wyglądała lepiej i dlatego wygrała 3-0. Wykorzystała swoje okazje i strzeliła trzy piękne gole. Natomiast wygrała w pełni zasłużenie, była po prostu drużyną lepszą. Wbrew temu co pisał komentator Onetu Legia nie miała inicjatywy przez żaden dłuższy moment. Mówię o faktycznym dominowaniu na boisku, a nie o trzech nieskutecznych akcjach z rzędu po odbiorach w środku boiska. Czy zatem redaktor był ślepy?

I tu pokuszę się o teorię spiskową. Wiadomo, że Legia chce zapełnić stadion i postawiła na mocny, zdecydowany marketing, szczególnie w mediach mocno z nią związanych osobą właściciela. Przyjmijmy jako hipotezę, że redaktor Onetu otrzymał wskazówkę: “słuchaj, rób tą relację tak, żeby Legia wyglądała nieźle” i nieco chyba zagalopował się w tym zadaniu. Cała relacja wygląda tak, że im gorzej wyglądał wynik, tym bardziej redaktor starał się pokazać jak chłopcy Skorży są dzielni. Wyszło zabawnie, jakby komentator wystraszył się, że ktoś go opi*rdoli po przegranym 0-3 meczu, że w relacji Polonia wyszła na lepszą drużynę.Oczywiście nie wiem czy tak było, nigdy się nie dowiem i pewnie niespecjalnie mnie to za dwa dni będzie interesowało. Nie mniej jednak tu postawię pytanie (cały czas rozpatrując tę hipotezę). Czy ktoś w Legii/ITI/TVN/Onecie poważnie sądzi, że to pomaga drużynie? Czy, cytując klasyka, nazywanie gówna czekoladą może pomóc w zapełnieniu stadionu na dłuższą metę? Chyba niespecjalnie… Legia ma ogromny potencjał i może zostać medialnym hegemonem, tylko musi być tam drużyna.

Po tym meczu nie twierdzę, że jej nie ma, wręcz przeciwnie - dla mnie to nadal faworyt do mistrzostwa poważniejszy od Polonii. Ale poczekajmy. Chwalmy Legię za dobre mecze i gańmy (lub milczmy) gdy gra słabo. W dzisiejszej relacji pan Kajetan mógł zamilczeć…

* Skomentuj ten wpis

Jak wszyscy to wszyscy…

Zaczęło się! Wybiła godzina “0″! Nadszedł czas by partyzanci Republiki Futbolu wyszli z lasów i z klawiaturą jako orężem stanęli do walki z przyszłością! Wybiła godzina wróżenia z fusów - to jest: przewidywania rozstrzygnięć nadchodzącego sezonu Ekstraklasy, ale na Boga, gdzie ARGUMENTY?

Wybaczcie ten grafomański wstęp - jakoś trzeba było zacząć. Sezon Ekstraklasy już za chwilkę rusza, a wraz z nim emocje naszej ligi. Ktoś kiedyś napisał, że z naszą ligą jest jak z dzieckiem z zespołem Downa - upierdliwa, brzydka, irytująca, czasem chciałoby się rzucić ją w diabły - ale to nasza Ekstraklasa, nasze dziecko i za to ją kochamy…

Zajechało patosem, co nie? Ano pewnie! Można kpić, szydzić i narzekać, ale ja nie z tych co lubią samobiczowanie. Słaba ta liga? - Słaba! Patałachy z tych piłkarz? - Patałachy! Ale ja ją lubię. Jest sztuka łechtająca poczucie estetyki i jest sztuka trafiająca w serce. I dlatego na lodówce mam obrazek stworzony przez mojego chrześniaka, a nie reprint dzieła Picassa. Mówiąc kolokwialnie - “zajebiście” pooglądać Ligę Mistrzów i mecze Barcelony, MU czy Interu, ale jeszcze “zajebiściej” patrzy się na ligę polską, którą znam od podszewki. Na temat każdego piłkarza mam wyrobione zdanie: “ten coś potrafi, a tamten to drewniak”. Kiedy ten pierwszy strzeli ładnego gola, popisze się kapitalnym podaniem, albo wyjdzie mu prosty drybling - śmieje się do siebie - “a nie mówiłem!”. A kiedy, któryś drewniany zagra coś ponad moje oczekiwania, szydzę w duchu, lub do znajomych siedzących obok - “łooooho, Messi musi jeszcze poćwiczyć”.

Poczytałem trochę tekstów kolegów blogerów z RF i pisząc komentarz jednemu z nich uznałem, że lepiej będzie jak podzielę się swoimi poglądami tutaj. W końcu po coś ten blog założyłem. Jeśli kogoś nie znudziła moja rynsztokowa zabawa “piórem” i prymitywne zabiegi pseudo-literackie, to poniżej już tylko merytorycznie o lidze:

Kto o mistrza (wersja dla poznaniaków - “o majstra”)?

Kandydatów jest podobno czterech. “Wielka trójka” małej ligi - Lech, Wisła i Legia oraz królowa transferowego polowania - warszawska Polonia. Mistrza wyłonimy drogą eliminacji:

DLACZEGO NIE POLONIA?

Bakero już trochę pieniędzy Wojciechowskiego wydał, a póki co jedynym jego sukcesem jest skuteczna obrona przed spadkiem z Ekstraklasy. Teraz prezes Polonii wydał jeszcze więcej. Z przodu wygląda to nieźle: Bruno, Mierzejewski, Sobiech, Gołębiewski i Smolarek. Z tyłu już nieco słabiej (zwłaszcza bez Onyszki). Jakoś nie widzi mi się, żeby Hiszpanowi udało się to poskładać. Jeśli w pierwszych pięciu kolejkach nie ugra 10 punktów (a stawiam dolary przeciwko orzechom, że nie ugra), to na stołek trenera wskakuje Janas. I tutaj pojawia się szansa dla Polonii. Janas jest solidny i z niezłą ekipą taką jaka jest przy Konwiktorskiej, powalczy o podium, ale raczej o najniższy stopień podium.

DLACZEGO NIE LECH?

Najlepszy sezon w wykonaniu Lecha i zdobyte mistrzostwo, ale to również najsłabszy sezon Wisły i Legii od paru lat. Rywale się wzmocnili, Lech osłabił. Lewandowski odszedł w najlepszym momencie. W Poznaniu nie wygląda to różowo, ławka krótka, jedna bramka w czterech meczach. Odnoszę wrażenie, że poprzedni sezon to były wyżyny dla niektórych z piłkarzy Lecha i po prostu nie są w stanie wznieść się ponad to, a poza napastnikami, nikt lepszy od tych co byli - nie doszedł. Na walkę o miejsce pucharowe to wystarczy. Na “majstra” już niekoniecznie, choć może Rutkowski zimą się wystraszy i sypnie groszem.

DLACZEGO LEGIA ALBO WISŁA?

Wisła bo ma najrówniejszy skład i ogromne rezerwy w porównaniu z poprzednim sezonem (a było tak: Brożek dno, Kirm - kaszana, Garguła i Boguski - inwalidzi, Małecki - po podpisaniu nowego kontraktu poniżej pewnego poziomu nie schodził, ale szkopuł w tym, że ten poziom był niski). Żurawski w końcówkach zawsze coś może ukłuć. Rios to chyba półka wyżej niż Christow z Beto razem wzięci. Tylko obrona wygląda nie najlepiej. Ale jeśli strzelać się będzie zawsze o gola więcej niż rywal to mistrz do Krakowa wróci.

Legia bo ma trenera, którego w Wiśle nie chciano. Oj Skorżę pewnie zabolało. Dał Wiśle dwa mistrzostwa Polski i odchodził z pozycji lidera (którą to pozycję Kasperczak stracił). Co by było gdyby został - można tylko zgadywać. Zbyt miękki w Krakowie i na transfery pieniędzy doprosić mu się nie udało. W Legii natomiast dostał ich bardzo dużo. Skład Legii został przewietrzony - inwalidów i amatorów zastąpili zagraniczni profesjonaliści. Nawet jeśli okażą się słabi to i tak będą lepsi od tych co odeszli. A jak ktoś się nie sprawdzi i gdzieś będzie luka w składzie, Walter zimą dołoży. No i ten Skorża - solidny rzemieślnik. Nikt tak jak on w ostatnich latach nie ciułał punktów w Ekstraklasie. I mam przeczucie, że niepozornie, po 1-0, po wymęczonych w końcówkach punktach, po pomyłkach sędziów, te punkty do Legii będą garnąć. Może bez fajerwerków i pięknego stylu, ale regularnie.

Moje wróżby:
1-2. Legia-Wisła
3-4. Polonia-Lech

Kto do spadku?

Wiadomo - Arka Gdynia i Polonia Bytom, pozostałe ekipy jako tako kadrowo wyglądają. Z tym, że najsłabsi kadrowo częściej zdobywają punkty. I niewykluczone, że uda im się Ekstraklasę utrzymać. Natomiast na pewno będą to miejsca poniżej dziesiątego. Poważnie się natomiast obawiam o Ruch Chorzów i wydaje mi się, że w tym sezonie również czeka ich walka o utrzymanie.

Pucharowy reprezentant w tym gronie póki co wygląda absurdalnie - ale poczekajcie do pierwszych kolejek. Odszedł Niedzielan, odszedł Sobiech, odszedł Brzyski, odszedł Baran, a na ich miejsce szklany Bronowicki i wiecznie młody talent, za chwilę 30-letni, Olszar. Z gówna nawet Fornalik bicza nie ukręci. Może być ciężko zwłaszcza z przodu, chociaż tyły też nie wyglądają najsolidniej. I do tego najwcześniej zaczęli granie o stawkę, to się może zemścić w grudniu.

Tyle moich zgadywanek, jak się na to zapatrujecie? Chętnie przeczytam Wasze opinię, przemyślę i odpowiem.

* Skomentuj ten wpis

Smuda, a Zieliński - merytorycznie

Mój poprzedni wpis był, jak niektórzy komentujący zauważyli, nieco załatwieniem prywaty. Pojawiły się głosy, że sam nic lepszego bym nie napisał, więc pora podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą rękawicę. Dzisiaj kilka słów ode mnie - moich opinii, moich ocen. Będzie zatem z czym polemizować, za co linczować i z czego kpić - bo jak to z poglądami, zawsze znajdą się tacy, którzy się nie zgodzą. I dobrze, na to liczę - na dyskusję. Od razu uprzedzam, jeśli masz problem z przeczytaniem czegoś dłuższego niż dwuzdaniowa recenzja filmu w programie TV to zamknij to okno. Będzie się dłużyło. Jak nie lubisz czytać - idź stąd bo rozbolą Cię oczy. Pozostałych zapraszam do lektury.

Chęć podzielenia się moją oceną byłego i obecnego trenera Lecha Poznań wzbudził ten artykuł na stronie goool.pl. Do tego tekstu będę się odnosił w niektórych fragmentach, kto chce - może się zapoznać, ale i bez niego można ze zrozumieniem przeczytać mój wpis. Zatem - do dzieła.

Kim jest Franek Smuda?

Oto pytanie, od którego chciałbym zacząć. Czy to Nikodem Dyzma polskiej trenerki? Wieczny szczęściarz? Przereklamowany przeciętniak, ale obdarzony prostą, chłopską charyzmą? A może świetny trener, mistrz motywacji, zwolennik ultraofensywnego futbolu, który z każdego piłkarza wyciąga maksimum możliwości? Prawda jak zwykle leży po środku.

Smudzie nie można odmówić charyzmy, nie można mu odmówić pasji i miłości do piłki, nie można mu zarzucić, że jest smutasem, czy nudziarzem. To fajny chłop. Prosty, ale sympatyczny. Rzucający prymitywnymi żarcikami na konferencjach prasowych, ale robiącym to w taki sposób, że faktycznie budzą na twarzy uśmiech. Do czasu zetknięcia z kadrą znacznie częściej widziany w dresie niż garniturze. Taki gawędziarz, dobry wujek, do rany przyłóż. Człowiek, którego po prostu trudno nie lubić.

Z drugiej strony spójrzmy na rzeczywiste osiągnięcia: 3x Mistrzostwo Polski, 1x Puchar Polski, faza grupowa Ligi Mistrzów i 1/16 Pucharu UEFA. I to by było na tyle przez ponad ćwierć wieku kariery trenerskiej. Zwłaszcza tytuł Mistrza Polski jest tu istotny. Ostatni raz Smuda zwyciężył w polskiej Ekstraklasie w sezonie 1998/1999. Od tego czasu prowadził najlepsze kluby w naszym kraju: Wisłę, Legię, znowu Wisłę i Lecha. I przez ten czas - nic. Zupełnie nic. Jeden marniutki Puchar Polski z Lechem po trzech latach pracy. Mało, prawda?

I tutaj postawię pauzę, ale do samego Smudy jeszcze wrócę…

Zieliński versus Smuda - suche fakty

“Oczywistą oczywistością” w zestawieniu pracy obu trenerów w Lechu Poznań jest jedna fundamentalna różnica. To właśnie tytuł mistrzowski, którego Smudzie zdobyć się nie udało przez trzy lata, a Zieliński dokonał tego w pierwszym roku pracy. I tutaj jest pies pogrzebany. Stąd po trzech słabych meczach w eliminacjach Ligi Mistrzów dywagacje na temat zwolnienia Zielińskiego nie powinny mieć miejsca. Bo to Zieliński dał poznaniakom to, czego pragnęli od lat - miano najlepszej piłkarskiej drużyny w kraju. Uczynił to w sezonie, w którym Wisła była niemiłosiernie słaba, a Legia wykrwawiała się na śmierć (by podobno zmartwychwstać w tym sezonie). Ekstraklasę na poziomie zaangażowanym i w pełni świadomym śledzę od dobrych kilkunastu lat. I ubiegły sezon był najsłabszym jaki widziałem. Ale taką słabość też trzeba umieć wykorzystać, Zielińskiemu z CV tytułu Mistrza Polski nikt nigdy nie odbierze. I teraz pojawia się pytanie, czy Lech w lidze w sezonie 2009/2010 był lepszy od tego w sezonie 2008/2009, czy jednak nieco słabszy, z tym że rywale zanotowali jeszcze większy regres?

To na tyle pytań póki co - teraz fakty. Zestawienie osiągnięć obu panów w dwóch ostatnich sezonach na wszystkich płaszczyznach rozgrywek (z pominięciem Pucharu Ekstraklasy, bo Zieliński nie miał możliwości udziału w tych rozgrywkach i porównanie nie byłoby miarodajne).
- Ekstraklasa: 3 miejsce Smudy (59 punktów, mecze: 16-11-3), 1 miejsce Zielińskiego (65 punktów, mecze: 19-8-3);
- Puchar UEFA/Liga Europejska: III runda Smudy (zostały 64 drużyny, mecze: 5-4-3), III runda eliminacyjna Zielińskiego (mecze 2-0-2);
- Puchar Polski: zdobycie pucharu przez Smudę (mecze 5-2-0), 1/16 Zielińskiego (remis ze Stalą Stalowa Wola 0:0 zakończony porażką w karnych);
Podsumowując: Smuda 49 spotkań (26-17-6) - 53% zwycięstw, Zieliński - 35 spotkań (18-12-5) - 51% zwycięstw.

I tutaj należy te fakty odpowiednio zinterpretować. Autor tekstu, do którego link wstawiłem na początku, przemilczał te niewygodne fakty. Oczywiste jest, że kiedy Zieliński odpadł z Ligi Europejskiej jeszcze w wakacje, a z Pucharu Polski już we wrześniu to nie zostało mu nic innego niż walczyć o mistrzostwo. Smuda miał nieco trudniej. Jesienią Lech zagrał najwięcej spotkań z polskich drużyn, mimo to przerwę zimową spędził jako lider rozgrywek. Trzeba pamiętać, że jesienią 2008 liga kończyła się 7 grudnia. Dziesięć dni później, kiedy wszyscy inni piłkarze Ekstraklasy odpoczywali na urlopach, Lech toczył bój z Feyenoordem, bój zwycięski. Już 19 lutego, piłkarze z Poznania musieli znów być w formie, bo nadszedł czas pierwszego spotkania 1/16 Pucharu UEFA z Udinese. Ekstraklasa wznowiła rozgrywki dopiero półtora tygodnia później. Wiśle po odpadnięciu w kwietniu z Pucharu Polski (notabene wyeliminował ją Lech) zostało tylko zwyciężać w lidze. Lech, który miał o 3 tygodnie krótszą przerwę w rozgrywkach niż Wisła, miał na głowie jeszcze te rozgrywki. Meczów było sporo, kadra niespecjalnie szeroka, na Puchar Polski starczyło, w lidze punktów zabrakło…

W sezonie 2008/2009 Lech Smudy rozegrał o 40% spotkań więcej w stosunku do sezonu 2009/2010 za kadencji Zielińskiego. I to nie były spotkania z drużynami pokroju Stali Stalowej Woli (przy całej sympatii dla tej drużyny), tylko mecze z silnymi europejskimi firmami w Pucharze UEFA i czołowymi polskimi drużynami w decydującej fazie Pucharu Polski. Rzecz jasna te niespełna 50 spotkań w zestawieniu z tym co grają drużyny zachodnie, wygląda śmiesznie. Ale na warunki polskich piłkarzy, którzy przez całe życie nikt dobrze kondycyjnie nie przygotował (a jak ktoś próbował to został przez piłkarzy zwalniany - vide Petrescu), to było za dużo.

Czy próbuję usprawiedliwiać Smudę? Jeśli chodzi o osiągnięcia stricte sportowe - nie to jest moim celem. Miał trzy lata pracy i nie zdobył mistrzostwa, choć pakę miał naprawdę niezłą - Stilic w życiowej (jak do tej pory) formie, przebojowy Peszko, utalentowany Lewandowski, solidna defensywa i pewny Murawski w środku pola. Natomiast zdobycie tytułu przez Zielińskiego jest chyba nieco przeceniane. Być może jednak dlatego, że w Poznaniu z takim utęsknieniem na to mistrzostwo czekano, tak bardzo jest ono cenne. Choć podkreślę jeszcze raz, słabość Legii i Wisły trzeba było wykorzystać i Zieliński to zrobił. Podobnie jak Smuda wykorzystał szansę gry w Pucharze UEFA. Szansę otrzymaną przypadkowo, szczęśliwie, po zawirowaniach z przenoszeniem i sprzedażą klubu przez Zbigniewa Drzymałę.

Istnieje jeszcze teza, o której napisano w tekście na stronie goool.pl - Zieliński zdobył tytuł dzięki pracy Smudy. Takie opinie zawsze mnie nieco bawią, Smuda miał te trzy lata żeby tytuł zdobyć i nie było żadnej pewności, że akurat w czwartym roku mu się uda. Swoją pracę wykonał i swoje piętno na drużynie pozostawił, ale tego sukcesu w żadnej mierze nie można mu przypisywać, bo on nie podejmował decyzji bezpośrednio wpływających na wyniki Lecha. Więc generalnie zgadzam się z opinią autora w/w tekstu. Natomiast razi mnie pewne przekłamanie, duże nadużycie jakiego się dopuścił.

W ten sam sposób można zacząć dywagacje, że Czesław Michniewicz zdobył mistrzostwo Polski z Zagłębiem Lubin dzięki wcześniejszej pracy w tym klubie Mirosława Jabłońskiego czy Edwarda Klejndinsta. A Maciej Skorża brylował z Wisłą w lidze dzięki temu, że Petrescu, Okuka i Nawałka byli przed nim w krakowskim zepsole na stanowisku trenera.”

Jabłoński był trenerem Zagłębia od kwietnia do sierpnia, a Klejndins od sierpnia do października 2006 roku. Petrescu prowadził Wisłę nieco ponad 8 miesięcy, Okuka przez 2 miesiące, a Nawałka przez 4 miesiące. Jak to się ma do trzyletniej pracy Smudy? Nijak. Praca tych trenerów na sukcesy Skorży czy Michniewicza wpływ miała żaden. Co może wprowadzić trener jeśli przepracuje jeden obóz przygotowawczy, już nie mówiąc o nieprzepracowaniu żadnego? Nic. Czy autor artykułu z goool.pl nie jest w stanie udowodnić swoich tez bardziej trafionymi argumentami? Każdy z piłkarzy Lecha u Smudy wiele się nauczył, większość z nich stała się dzięki niemu lepszymi piłkarzami, porównywanie jego pracy z epizodami Klejndinsa czy Okuki jest wręcz manipulacją. To tak niejako obok głównej myśli. Wróćmy do meritum.

To Smuda stworzył “Wielkiego Lecha”

Tak, tak - wokół tej tezy będę budował podsumowanie. “Wielki Lech” w cudzysłowie bynajmniej nie w celu obśmiania. Przyjąłem go tutaj jako określenie kibiców poznańskiego klubu na okres ostatnich dwóch lat, który sprawił, że Lech z drużyny z dużymi aspiracjami, stał się drużyną z pewnymi osiągnięciami. W tym umownym sformułowaniu “Wielki Lech”, chcę zawrzeć pewien fenomen, który sprawił, że Lech Poznań stał się marką. Pod względem medialności dogonił (a może i przegonił, opinie są różna w zależności od sympatii) dotychczasowego piłkarskiego hegemona w tym aspekcie - krakowską Wisłę. Na tym fenomenie, na tym zjawisku, którego ojcem (jednym z kilku, ale chyba tym najważniejszym) był Smuda, Lech może “jechać” jeszcze kilka dobrych lat, nawet przy przeciętnej grze i bez osiągania sukcesów. Na czym polega to zjawisko?

Sezon 2006/2007, 4. kolejka Ekstraklasy, mecz Lech Poznań - Cracovia. 62 minuta meczu i goście prowadzą 3-0, kilkanaście minut później Lech zrywa się i w ciągu dziesięciu minut strzela trzy bramki doprowadzając do wyrównania. Strzela i czwartą bramkę, ale sędzia jej nie uznaje, mimo iż została zdobyta prawidłowo, w 90 minucie zwycięską bramkę strzela Piotr Giza i Cracovia wywozi 3 punkty z Poznania. Jedna z firm bukmacherskich wypłaca pieniądze także tym graczom, którzy obstawiali zwycięstwo Lecha lub remis.

2 października 2008r. Lech walczy o awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. W pierwszym meczu przegrywa z Austrią Wiedeń na wyjeździe 1-2. W rewanżu długo prowadzi 1-0 po bramce Rengifo. W 61 minucie wiedeńczycy wyrównują i są bliżej awansu. Dopiero w 85 minucie Peszko zdobywa bramkę która daje dogrywkę. W 98 minucie Robert Lewandowski strzela gola, który sprawia, że Lech jedna nogą już jest w grupie Pucharu UEFA, ale za chwilę Austriacy strzelają na 3-2 i to oni znów są bliżej awansu. Ostatnia minuta meczu, ostatnia akcja, doliczony czas do dogrywki. Rafał Murawski strzela bramkę na 4-2. Lech w fazie grupowej, stadion szaleje, a mi, w pubie, w jednym z nadmorskich miasteczek, oczy napełniają się łzami radości (mimo, że na stadionie przy Bułgarskiej byłem ledwie dwa razy i to w sektorze gości)…

I tak było wielokrotnie, Lech przegrywa, ale się podnosi, bramki w końcówce, odrabianie strat, scenariusze jak u Hitchcocka. Lech przegrywa z CSKA Moskwa 0-2, ale nie pada na kolana przed o wiele mocniejszym i bogatszym rywalem, wręcz przeciwnie, strzela bramkę i ma nawet okazje do wyrównania. Pierwszy mecz z Udinese w 1/16 finału, 80 minuta meczu w Poznaniu, wynik 0-2, raczej pozamiatane. Ale nie, dwie bramki i remis. Niby bramkowy, niby niekorzystny, ale cieszy. Smuda po bramkach skacze z radości jak małe dziecko.

Tak wyglądał Lech Smudy - masa szczęścia, ale dużo bramek. Niezła gra z przodu, trochę nonszalancji w defensywie. Kary za grę długą piłką, szybkie akcji po ziemi. Wielkie emocje i ważne zwycięstwa, które kosztowały sporo zdrowia zarówno piłkarzy jak i kibiców. Takiego Lecha chciano oglądać. Taki Lech przyciągnął na stadion w Poznaniu tłumy widzów. Takiemu Lechowi kibicowali sympatycy futbolu z całej Polski.

To Lech Smudy pokazał kibicom w Poznaniu i kibicom w całej Polsce ułańską fantazję na piłkarskim boisku. Dzięki Smudzie o Lechu zaczęto mówić nie jako o “czarnym koniu”, ale jako o pełnoprawnym faworycie w walce o Mistrzostwo Polski. Te dreszczowce sprawiły, że kibice Lecha zaczęli chodzić napuszeni, a kibice innych zespołów z zawiścią wytykali każde niepowodzenie. I właśnie ten czar Smudy, ten jego fart, te bramki w końcówkach stworzyły markę Lecha Poznań. Cóż z tego pozostało? Rewanżowy mecz Lecha Poznań z Interem Baku i emocjonujący konkurs rzutów karnych w fazie przed- przed- przedwstępnej do czegokolwiek to była tylko mierna karykatura…

* Skomentuj ten wpis

Dość kłamstw i obłudy

Witam wszystkich bardzo serdecznie. Po co ten blog? Żeby skończyć z pieprzeniem farmazonów na Republice Futbolu. Jeszcze niedawno był to naprawdę niezły portal blogerski, ale zszedł na psy (jakby to powiedział czerwony prezydent Krakowa). Okres wakacyjny sprzyja nudzie. Niektórzy postanowili nudę zabić poprzez dzielenie się swoimi wypocinami na RF. Efektem tego jest pojawienie się kilku grafomanów, pseudo-ekspertów, lub innych oryginałów piszących stek banałów, wzajemnie powtarzając swoje tezy i wzajemnie włażąc sobie w dupę słodkimi komentarzami.

Blog będzie zawierał różnego typu artykuły - począwszy od polemiki z innymi blogerami (poprzez wytykanie im błędów merytorycznych i/lub wytykaniem ewidentnych kłamstw i manipulacji), przez komentowanie kurtuazyjnych i fałszywych komentarzy ludzi futbolu, aż po własne opinie, spostrzeżenia i uwagi do sytuacji w polskiej piłce. Nie będzie cenzury - komentarz może napisać każdy, może mnie zbluzgać, może uzewnętrznić swoje smutki - żadnego nie usunę. Do tych, do których będzie sens - zawsze się odniosę. Podejmę rękawicę i przekonam każdego, że nie ma racji, lub przyznam że ją ma, gdy powali mnie siła jego argumentów.

Dziś krótko o jednym z nowych blogerów o nicku Cesc4. Absolutnie nie potępiam ludzi, którzy dzielą się swoimi poglądami, choćby były one najbardziej bzdurne. Wręcz przeciwnie, podziwiam piszących bzdury jeszcze bardziej - bo trzeba dużej odwagi, żeby takimi głupotami jak co poniektórzy dzielić się z innymi. Jednak nienawidzę kłamstwa i manipulacji. Nawet tak prymitywnej i naiwnej jakiej dopuścił się kolega Cesc4. Ale do rzeczy:

Zaczęło się od tego, że przeczytałem jeden z jego “felietonów” (he he). Link tutaj: http://mati7.republikafutbolu.pl/2010/07/21/bardzo-odwazny-inter-baku/

Potem napisałem komentarz, on mi odpisał, ja mu odpisałem i tak dalej…

Poniżej screeny z naszej wymiany zdań:

Fakt, wytknięcie błędu ortograficznego to słaby chwyt. Ale jeśli osoba wali takiego kosmicznego ortografa pisząc w zdaniu obok z dumą, że jest Polakiem, to wygląda to co najmniej groteskowo.

Jednak byłem przekonany, że kolega z godnością przyjmie ten cios, poprawi się i przyzna do pomyłki. Jednak się pomyliłem. Postanowił edytować swój komentarz i rżnąć głupa, że niby nic się nie stało, że wcale nie zrobił błędu.

Byłem przekonany, że tym razem, kolega Cesc4 po prostu odrzuci mój komentarz (a ma włączoną moderację, każdy komentarz musi zaakceptować, w wyniku czego moderacja staje się cenzurą - komentarze negatywne po prostu usuwa). Ale on jednak posunął się krok dalej. Usunął mój komentarz, a swój edytował tak, aby odniesienie się do błędu ortograficznego zostało całkowicie pominięte. Czyli nie przyznał się do błędu, ale i cofnął swoje perfidne kłamstwo. Obecnie treść komentarza wygląda następująco (choć bardzo możliwe, że się jeszcze zmieni):

Cesc4:
“Chodziło mi bardziej o to ,że kibicuje Polskim drużyną i chcę żeby osiągnęły sukcesy. Nie sugeruje ,że nie jesteś Polakiem gdy Lech wychodził na dogrywkę też zwątpilem w awans”

Tyle o koledze Cesc4. Wam pozostawię ocenę tego zachowania. Powiedzie pewnie “też facet ma problemy”. Spytacie “kto normalny robi screeny po każdym komentarzu?”. A ja po prostu uczulony na kłamstwo w sieci, czasem się screenem zabezpieczę i nie odpuszczę, dopóki kłamstwa nie upublicznię i nie udowodnię. Wynika to po trochu z nieco przerośniętych oczekiwań wobec osób piszących blogi na RF, a po trochu z pogardy dla wszelkiej maści manipulantów. Bo jeśli Cesc4 w sieci, gdzie jest anonimowy,  nie potrafi przyznać się do błędu i do kłamstwa, to jakim człowiek musi być kiedy odejdzie od komputera?

edit:
P.S. A teraz coś co przed chwilą znalazłem na blogu Cesc4, wstawiam dla śmiechu, bo błąd zabawny:

* Skomentuj ten wpis


Polecamy



Wyszukaj w blogu

RSS


styczeń 2012
P W Ś C P S N
« sierpnia    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031