Mój poprzedni wpis był, jak niektórzy komentujący zauważyli, nieco załatwieniem prywaty. Pojawiły się głosy, że sam nic lepszego bym nie napisał, więc pora podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą rękawicę. Dzisiaj kilka słów ode mnie - moich opinii, moich ocen. Będzie zatem z czym polemizować, za co linczować i z czego kpić - bo jak to z poglądami, zawsze znajdą się tacy, którzy się nie zgodzą. I dobrze, na to liczę - na dyskusję. Od razu uprzedzam, jeśli masz problem z przeczytaniem czegoś dłuższego niż dwuzdaniowa recenzja filmu w programie TV to zamknij to okno. Będzie się dłużyło. Jak nie lubisz czytać - idź stąd bo rozbolą Cię oczy. Pozostałych zapraszam do lektury.
Chęć podzielenia się moją oceną byłego i obecnego trenera Lecha Poznań wzbudził ten artykuł na stronie goool.pl. Do tego tekstu będę się odnosił w niektórych fragmentach, kto chce - może się zapoznać, ale i bez niego można ze zrozumieniem przeczytać mój wpis. Zatem - do dzieła.
Kim jest Franek Smuda?
Oto pytanie, od którego chciałbym zacząć. Czy to Nikodem Dyzma polskiej trenerki? Wieczny szczęściarz? Przereklamowany przeciętniak, ale obdarzony prostą, chłopską charyzmą? A może świetny trener, mistrz motywacji, zwolennik ultraofensywnego futbolu, który z każdego piłkarza wyciąga maksimum możliwości? Prawda jak zwykle leży po środku.
Smudzie nie można odmówić charyzmy, nie można mu odmówić pasji i miłości do piłki, nie można mu zarzucić, że jest smutasem, czy nudziarzem. To fajny chłop. Prosty, ale sympatyczny. Rzucający prymitywnymi żarcikami na konferencjach prasowych, ale robiącym to w taki sposób, że faktycznie budzą na twarzy uśmiech. Do czasu zetknięcia z kadrą znacznie częściej widziany w dresie niż garniturze. Taki gawędziarz, dobry wujek, do rany przyłóż. Człowiek, którego po prostu trudno nie lubić.
Z drugiej strony spójrzmy na rzeczywiste osiągnięcia: 3x Mistrzostwo Polski, 1x Puchar Polski, faza grupowa Ligi Mistrzów i 1/16 Pucharu UEFA. I to by było na tyle przez ponad ćwierć wieku kariery trenerskiej. Zwłaszcza tytuł Mistrza Polski jest tu istotny. Ostatni raz Smuda zwyciężył w polskiej Ekstraklasie w sezonie 1998/1999. Od tego czasu prowadził najlepsze kluby w naszym kraju: Wisłę, Legię, znowu Wisłę i Lecha. I przez ten czas - nic. Zupełnie nic. Jeden marniutki Puchar Polski z Lechem po trzech latach pracy. Mało, prawda?
I tutaj postawię pauzę, ale do samego Smudy jeszcze wrócę…
Zieliński versus Smuda - suche fakty
“Oczywistą oczywistością” w zestawieniu pracy obu trenerów w Lechu Poznań jest jedna fundamentalna różnica. To właśnie tytuł mistrzowski, którego Smudzie zdobyć się nie udało przez trzy lata, a Zieliński dokonał tego w pierwszym roku pracy. I tutaj jest pies pogrzebany. Stąd po trzech słabych meczach w eliminacjach Ligi Mistrzów dywagacje na temat zwolnienia Zielińskiego nie powinny mieć miejsca. Bo to Zieliński dał poznaniakom to, czego pragnęli od lat - miano najlepszej piłkarskiej drużyny w kraju. Uczynił to w sezonie, w którym Wisła była niemiłosiernie słaba, a Legia wykrwawiała się na śmierć (by podobno zmartwychwstać w tym sezonie). Ekstraklasę na poziomie zaangażowanym i w pełni świadomym śledzę od dobrych kilkunastu lat. I ubiegły sezon był najsłabszym jaki widziałem. Ale taką słabość też trzeba umieć wykorzystać, Zielińskiemu z CV tytułu Mistrza Polski nikt nigdy nie odbierze. I teraz pojawia się pytanie, czy Lech w lidze w sezonie 2009/2010 był lepszy od tego w sezonie 2008/2009, czy jednak nieco słabszy, z tym że rywale zanotowali jeszcze większy regres?
To na tyle pytań póki co - teraz fakty. Zestawienie osiągnięć obu panów w dwóch ostatnich sezonach na wszystkich płaszczyznach rozgrywek (z pominięciem Pucharu Ekstraklasy, bo Zieliński nie miał możliwości udziału w tych rozgrywkach i porównanie nie byłoby miarodajne).
- Ekstraklasa: 3 miejsce Smudy (59 punktów, mecze: 16-11-3), 1 miejsce Zielińskiego (65 punktów, mecze: 19-8-3);
- Puchar UEFA/Liga Europejska: III runda Smudy (zostały 64 drużyny, mecze: 5-4-3), III runda eliminacyjna Zielińskiego (mecze 2-0-2);
- Puchar Polski: zdobycie pucharu przez Smudę (mecze 5-2-0), 1/16 Zielińskiego (remis ze Stalą Stalowa Wola 0:0 zakończony porażką w karnych);
Podsumowując: Smuda 49 spotkań (26-17-6) - 53% zwycięstw, Zieliński - 35 spotkań (18-12-5) - 51% zwycięstw.
I tutaj należy te fakty odpowiednio zinterpretować. Autor tekstu, do którego link wstawiłem na początku, przemilczał te niewygodne fakty. Oczywiste jest, że kiedy Zieliński odpadł z Ligi Europejskiej jeszcze w wakacje, a z Pucharu Polski już we wrześniu to nie zostało mu nic innego niż walczyć o mistrzostwo. Smuda miał nieco trudniej. Jesienią Lech zagrał najwięcej spotkań z polskich drużyn, mimo to przerwę zimową spędził jako lider rozgrywek. Trzeba pamiętać, że jesienią 2008 liga kończyła się 7 grudnia. Dziesięć dni później, kiedy wszyscy inni piłkarze Ekstraklasy odpoczywali na urlopach, Lech toczył bój z Feyenoordem, bój zwycięski. Już 19 lutego, piłkarze z Poznania musieli znów być w formie, bo nadszedł czas pierwszego spotkania 1/16 Pucharu UEFA z Udinese. Ekstraklasa wznowiła rozgrywki dopiero półtora tygodnia później. Wiśle po odpadnięciu w kwietniu z Pucharu Polski (notabene wyeliminował ją Lech) zostało tylko zwyciężać w lidze. Lech, który miał o 3 tygodnie krótszą przerwę w rozgrywkach niż Wisła, miał na głowie jeszcze te rozgrywki. Meczów było sporo, kadra niespecjalnie szeroka, na Puchar Polski starczyło, w lidze punktów zabrakło…
W sezonie 2008/2009 Lech Smudy rozegrał o 40% spotkań więcej w stosunku do sezonu 2009/2010 za kadencji Zielińskiego. I to nie były spotkania z drużynami pokroju Stali Stalowej Woli (przy całej sympatii dla tej drużyny), tylko mecze z silnymi europejskimi firmami w Pucharze UEFA i czołowymi polskimi drużynami w decydującej fazie Pucharu Polski. Rzecz jasna te niespełna 50 spotkań w zestawieniu z tym co grają drużyny zachodnie, wygląda śmiesznie. Ale na warunki polskich piłkarzy, którzy przez całe życie nikt dobrze kondycyjnie nie przygotował (a jak ktoś próbował to został przez piłkarzy zwalniany - vide Petrescu), to było za dużo.
Czy próbuję usprawiedliwiać Smudę? Jeśli chodzi o osiągnięcia stricte sportowe - nie to jest moim celem. Miał trzy lata pracy i nie zdobył mistrzostwa, choć pakę miał naprawdę niezłą - Stilic w życiowej (jak do tej pory) formie, przebojowy Peszko, utalentowany Lewandowski, solidna defensywa i pewny Murawski w środku pola. Natomiast zdobycie tytułu przez Zielińskiego jest chyba nieco przeceniane. Być może jednak dlatego, że w Poznaniu z takim utęsknieniem na to mistrzostwo czekano, tak bardzo jest ono cenne. Choć podkreślę jeszcze raz, słabość Legii i Wisły trzeba było wykorzystać i Zieliński to zrobił. Podobnie jak Smuda wykorzystał szansę gry w Pucharze UEFA. Szansę otrzymaną przypadkowo, szczęśliwie, po zawirowaniach z przenoszeniem i sprzedażą klubu przez Zbigniewa Drzymałę.
Istnieje jeszcze teza, o której napisano w tekście na stronie goool.pl - Zieliński zdobył tytuł dzięki pracy Smudy. Takie opinie zawsze mnie nieco bawią, Smuda miał te trzy lata żeby tytuł zdobyć i nie było żadnej pewności, że akurat w czwartym roku mu się uda. Swoją pracę wykonał i swoje piętno na drużynie pozostawił, ale tego sukcesu w żadnej mierze nie można mu przypisywać, bo on nie podejmował decyzji bezpośrednio wpływających na wyniki Lecha. Więc generalnie zgadzam się z opinią autora w/w tekstu. Natomiast razi mnie pewne przekłamanie, duże nadużycie jakiego się dopuścił.
“W ten sam sposób można zacząć dywagacje, że Czesław Michniewicz zdobył mistrzostwo Polski z Zagłębiem Lubin dzięki wcześniejszej pracy w tym klubie Mirosława Jabłońskiego czy Edwarda Klejndinsta. A Maciej Skorża brylował z Wisłą w lidze dzięki temu, że Petrescu, Okuka i Nawałka byli przed nim w krakowskim zepsole na stanowisku trenera.”
Jabłoński był trenerem Zagłębia od kwietnia do sierpnia, a Klejndins od sierpnia do października 2006 roku. Petrescu prowadził Wisłę nieco ponad 8 miesięcy, Okuka przez 2 miesiące, a Nawałka przez 4 miesiące. Jak to się ma do trzyletniej pracy Smudy? Nijak. Praca tych trenerów na sukcesy Skorży czy Michniewicza wpływ miała żaden. Co może wprowadzić trener jeśli przepracuje jeden obóz przygotowawczy, już nie mówiąc o nieprzepracowaniu żadnego? Nic. Czy autor artykułu z goool.pl nie jest w stanie udowodnić swoich tez bardziej trafionymi argumentami? Każdy z piłkarzy Lecha u Smudy wiele się nauczył, większość z nich stała się dzięki niemu lepszymi piłkarzami, porównywanie jego pracy z epizodami Klejndinsa czy Okuki jest wręcz manipulacją. To tak niejako obok głównej myśli. Wróćmy do meritum.
To Smuda stworzył “Wielkiego Lecha”
Tak, tak - wokół tej tezy będę budował podsumowanie. “Wielki Lech” w cudzysłowie bynajmniej nie w celu obśmiania. Przyjąłem go tutaj jako określenie kibiców poznańskiego klubu na okres ostatnich dwóch lat, który sprawił, że Lech z drużyny z dużymi aspiracjami, stał się drużyną z pewnymi osiągnięciami. W tym umownym sformułowaniu “Wielki Lech”, chcę zawrzeć pewien fenomen, który sprawił, że Lech Poznań stał się marką. Pod względem medialności dogonił (a może i przegonił, opinie są różna w zależności od sympatii) dotychczasowego piłkarskiego hegemona w tym aspekcie - krakowską Wisłę. Na tym fenomenie, na tym zjawisku, którego ojcem (jednym z kilku, ale chyba tym najważniejszym) był Smuda, Lech może “jechać” jeszcze kilka dobrych lat, nawet przy przeciętnej grze i bez osiągania sukcesów. Na czym polega to zjawisko?
Sezon 2006/2007, 4. kolejka Ekstraklasy, mecz Lech Poznań - Cracovia. 62 minuta meczu i goście prowadzą 3-0, kilkanaście minut później Lech zrywa się i w ciągu dziesięciu minut strzela trzy bramki doprowadzając do wyrównania. Strzela i czwartą bramkę, ale sędzia jej nie uznaje, mimo iż została zdobyta prawidłowo, w 90 minucie zwycięską bramkę strzela Piotr Giza i Cracovia wywozi 3 punkty z Poznania. Jedna z firm bukmacherskich wypłaca pieniądze także tym graczom, którzy obstawiali zwycięstwo Lecha lub remis.
2 października 2008r. Lech walczy o awans do fazy grupowej Pucharu UEFA. W pierwszym meczu przegrywa z Austrią Wiedeń na wyjeździe 1-2. W rewanżu długo prowadzi 1-0 po bramce Rengifo. W 61 minucie wiedeńczycy wyrównują i są bliżej awansu. Dopiero w 85 minucie Peszko zdobywa bramkę która daje dogrywkę. W 98 minucie Robert Lewandowski strzela gola, który sprawia, że Lech jedna nogą już jest w grupie Pucharu UEFA, ale za chwilę Austriacy strzelają na 3-2 i to oni znów są bliżej awansu. Ostatnia minuta meczu, ostatnia akcja, doliczony czas do dogrywki. Rafał Murawski strzela bramkę na 4-2. Lech w fazie grupowej, stadion szaleje, a mi, w pubie, w jednym z nadmorskich miasteczek, oczy napełniają się łzami radości (mimo, że na stadionie przy Bułgarskiej byłem ledwie dwa razy i to w sektorze gości)…
I tak było wielokrotnie, Lech przegrywa, ale się podnosi, bramki w końcówce, odrabianie strat, scenariusze jak u Hitchcocka. Lech przegrywa z CSKA Moskwa 0-2, ale nie pada na kolana przed o wiele mocniejszym i bogatszym rywalem, wręcz przeciwnie, strzela bramkę i ma nawet okazje do wyrównania. Pierwszy mecz z Udinese w 1/16 finału, 80 minuta meczu w Poznaniu, wynik 0-2, raczej pozamiatane. Ale nie, dwie bramki i remis. Niby bramkowy, niby niekorzystny, ale cieszy. Smuda po bramkach skacze z radości jak małe dziecko.
Tak wyglądał Lech Smudy - masa szczęścia, ale dużo bramek. Niezła gra z przodu, trochę nonszalancji w defensywie. Kary za grę długą piłką, szybkie akcji po ziemi. Wielkie emocje i ważne zwycięstwa, które kosztowały sporo zdrowia zarówno piłkarzy jak i kibiców. Takiego Lecha chciano oglądać. Taki Lech przyciągnął na stadion w Poznaniu tłumy widzów. Takiemu Lechowi kibicowali sympatycy futbolu z całej Polski.
To Lech Smudy pokazał kibicom w Poznaniu i kibicom w całej Polsce ułańską fantazję na piłkarskim boisku. Dzięki Smudzie o Lechu zaczęto mówić nie jako o “czarnym koniu”, ale jako o pełnoprawnym faworycie w walce o Mistrzostwo Polski. Te dreszczowce sprawiły, że kibice Lecha zaczęli chodzić napuszeni, a kibice innych zespołów z zawiścią wytykali każde niepowodzenie. I właśnie ten czar Smudy, ten jego fart, te bramki w końcówkach stworzyły markę Lecha Poznań. Cóż z tego pozostało? Rewanżowy mecz Lecha Poznań z Interem Baku i emocjonujący konkurs rzutów karnych w fazie przed- przed- przedwstępnej do czegokolwiek to była tylko mierna karykatura…